Dieta ketogenna, za czy przeciw?

W trakcie studiów medycznych frustrowało mnie to, że starzy doświadczeni lekarze odnosili się z rezerwą do pojawiających się od czasu do czasu sposobów terapii promowanych jako rewelacyjne. Mimo mojej frustracji w końcu musiałem przyznać, że wynikało to z ich poczucia odpowiedzialności skłaniającej do unikania pochopnych działań. To było w czasach powiedzmy „pierwotnych”, gdy przebieg informacji był powolny, a lekarze mieli więcej czasu do przemyśleń i refleksji. Internet na tyle zmienił świat, że trąci on odrobiną szaleństwa. Lotem błyskawicy pojawiają się nowe koncepcje, po czym zapadają w niepamięć. Jest zbyt mało czasu na weryfikację, nawet weryfikację badań naukowych. Nikogo nie dziwi, że koncepcje, zarówno przyczyny chorób jak i ich leczenia, zmieniają się co kilka lat. Jeśli są błędne zostajemy sami z ich skutkami. Istnieje istotny rozziew pomiędzy tym co promuje wiedza medyczna, a tym co na temat zdrowia promuje zbiorowa świadomość rządząca się swoimi prawami. Istotne jest to, że rezultat ma być szybki i najlepiej bez wysiłku lub, co dopuszczalne, z przyjemnym wysiłkiem. Np. w niedalekiej przeszłości królowała dieta białkowa, całkiem przyjemna w prowadzeniu. Czasami widząc osoby będące na tej diecie siłą rzeczy zastanawiałem się nad ich stanem zdrowia podejrzewając je o białaczkę.

Jesteśmy właśnie w szczytowym okresie zachwytu nad dietą ketogenną. Co prawda, została opracowana po to, by łagodzić przebieg niektórych chorób, szczególnie dotyczących ośrodkowego układu nerwowego np. padaczki. Jednakże rzeczywistym powodem jej popularności jest powolna utrata masy ciała. Osobiście nie jestem zachwycony wyglądem trenerów promujących taką dietę, mimo że są w pełni zachwytu nad swoim zdrowiem. Być może jest to tylko moje subiektywne wrażenie, lecz rodzą się w moim umyśle poważne wątpliwości. Niewątpliwie procesy chorobowe i toksyczne mają moc wymuszania na nas chudnięcia. Istnieje wręcz ryzyko graniczące z pewnością, że skrajne, długotrwałe diety mogą skutkować uszczerbkiem na zdrowiu.  Uważam, że dieta ketogenna jest właściwa i korzystna dla drobnego odsetka ludzi chorych. Dla ludzi zdrowych jest w najlepszym wypadku mało szkodliwa a wielu wpędzi w poważne problemy zdrowotne.

Generalnie możemy przyjąć, że wprowadzając jakąkolwiek dietę zazwyczaj na początku mamy pozytywne odczucia a to z tego powodu, że zaczynamy cokolwiek robić w tym zakresie.

Człowiek jest istotą biologiczną kształtowaną przez co najmniej milion lat w zmaganiu z niedostatkiem żywności. Niedobory pokarmowe są głównym czynnikiem ograniczającym wzrost populacji. Gdy zaczynamy się pławić w obfitości jadła, co ma obecnie miejsce, nasze cenne cechy obracają się przeciwko nam – tyjemy i tracimy zdrowie z przejedzenia.

Dieta zdrowa i dostosowana do określonej osoby sprawia, że kipi w nas siła i chęć rozmnażania. Jednakże wymaga, aby tę energię spożytkowywać poprzez wysiłek fizyczny. Jeśli tego nie zrobimy to zaczynamy powoli nabierać ciała – ważny element adaptacji przygotowujący do przetrwania w czasie głodu. Współcześnie w sytuacji ograniczonej aktywności fizycznej, aby utrzymać zdrową masę ciała musimy znacznie zmniejszyć ilość spożywanego jedzenia.

Jedzenie jest przyjemne, czasami wręcz aż do stanu nałogu. Tak więc wszelkie wersje z samoograniczaniem nigdy nie będą cieszyć się dużym powodzeniem, dlatego też diety smaczne stają się popularne. Tak myślę, że gdybym zaczął promować dietę piwną, szybko bym zdobył tysiące zwolenników, potwierdzających jej znakomite działanie.

Dieta, którą wcześniej opisywałem na blogu, ( Im więcej jesz, tym bardziej chudniesz. ) sprawiająca, że chudniemy 0,5 kg dziennie, jest dietą krótkotrwałą, więc nie niesie zbyt dużego zagrożenia związanego z działaniem ubocznym. Poza tym tylko najtwardsi prowadzą ją przez 2 tygodnie.

Każdy z nas się różni nie tylko charakterem ale i cechami własnego metabolizmu. Nie ma jednej uniwersalnej i zdrowej diety. Najbardziej wiarygodną metodą doboru diety jaką zaobserwowałem jest dieta z określeniem indywidualnego profilu genetycznego. Fascynujące jest to, że oprócz przejęcia kontroli nad masa ciała, dochodziło zawsze do znaczącej poprawy stanu zdrowia. Poprawa jest tak znacząca, że nie sposób znaleźć jakiś inny odpowiednik. Podobnie jak to czy mamy doskonałe zdrowie czy kulejące zależy od „błahych błędów” codziennie powtarzanych. Jeśli nasze postępowanie jest błędne tracimy zdrowie, jeśli dla nas właściwe, jest z nami coraz lepiej i cieszymy się z życia.

Niestety, mimo standardów zapewniających całkowitą poufność badań, w Stanach Zjednoczonych i Rosji metodami prawnymi radykalnie ograniczono dostęp do takich możliwości zbadania profilu genetycznego, a za tym prowadzenia takiej diety. Nie dotyczy to Polski i Unii Europejskiej, choć może się to szybko zmienić. Cała nasza rodzina wprowadziła u siebie taki program, mamy więc przetarty szlak.

Nieustannie, idąc do sklepu podejmujemy decyzję o tym jak wydajemy pieniądze, czy pójdzie to nam na zdrowie, czy też dążymy do choroby.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Zima metaboliczna, czyli powrót szlafmycy.

    Kilka lat temu, podczas pobytu we Lwowie zostaliśmy z żoną zaproszeni do tradycyjnej bani. Bardzo zależało nam na tym, gdyż wiedzieliśmy, że prowadząca ją pani posiadała wiedzę będącą owocem wielowiekowej tradycji. Można powiedzieć, że na dalekim wschodzie (w Jakucji) skąd pochodziła, surowy klimat i niezbyt gęste zaludnienie wymusiło wyszukanie działań kluczowych dla utrzymania dobrego zdrowia. Wiedzieliśmy, że w zależności od stanu zdrowia i konstytucji dobierała ona inne gałązki do „chłostania” co podnosiło w naszych oczach atrakcję tegoż 5 godzinnego nurzania się oparach w ramach seansu prozdrowotnego. Po przybyciu na miejsce kobieta prowadząca banię przyglądała mi się przez moment, po czym stwierdziła, że nie mam szans na dobre zdrowie jeśli zimą nie będę nosił czapki „pilotki” z futrem do środka. Po powrocie do Polski natychmiast wykonałem zalecenie i sam byłem zdumiony jak korzystnie wpłynęło to na moje zdrowie.

Sytuacja ta sprawiła, że razem z żoną znaleźliśmy powód do rozważań w daleko szerszym zakresie. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że wpływanie na naszą „organizację cieplną” ma kluczowe znaczenie dla zdrowia. Od zawsze było wiadomo, że ciało trzyma się ciepło a głowę chłodno, lecz jak widać nie jest to takie proste. Z jednej strony czapka futrzana a z drugiej grube filcowe nakrycie głowy podczas sauny/banii, które należało natychmiast zdejmować po kolejnym cyklu kąpieli parowej.

    Rozważania doprowadziły nas do przyjęcia ciekawych założeń. Tak się składa, że naszą „organizację cieplną” napędza wątroba. O godzinie 16-tej przełącza się na funkcję anabolizmu i krew wypływająca żyłami wątrobowymi jest o 0,5 stopnia chłodniejsza niż wpływająca. Z kolei o 4 rano wątroba przełącza się na katabolizm i krew wypływająca jest o 0,5 stopnia cieplejsza od wpływającej. Sytuacja taka ma doniosłe znaczenie. Drzemka do godz. 16-tej nie wymaga okrywania się, bo nie marzniemy. Natomiast po 16-tej i w nocy wymagamy starannego okrycia, inaczej nie zaśniemy lub będziemy się co rusz budzić. Wcześniej zdawałem sobie sprawę z tego, że głównym powodem bezsenności trapiącej współczesną ludzkość są po prostu zimne stopy. (Nie przypadkiem podczas sesji na studiach niektórzy moczyli stopy w zimnej wodzie by nie zasnąć i móc się dalej uczyć.) Jednak co z głową? Głowa jest miejscem bardzo szybkiej ucieczki ciepła, między innymi dlatego, że nie jest grubo otłuszczona, za to silnie ukrwiona. Poza tym funkcje zmysłowe wymagają niższej temperatury. Jak wytłumaczyć to, że ludzie w niektórych kulturach nie pokazują się bez nakrycia głowy?

   Jedno wiemy na pewno, im bardziej jesteśmy przewlekle przeciążeni nerwowo, tym bardziej mamy wychłodzone ciało (np. zawsze lodowate ręce). W pewnym sensie przewlekle przebywamy w fazie zimy. Wiemy przecież, że zimą zdecydowanie łatwiej się uczyć i brać udział w „ucztach intelektualnych” niż w latem. Latem łatwiej o aktywność fizyczną (i erotyczną). Im bliżej wieczora, tym bardziej człowiek przechodzi ze skupiania się na świecie zewnętrznym (lato) na życie wewnętrzne i refleksje (zima). Gdy 40 lat temu opuszczając region Polski o najłagodnieszym klimacie przybyłem na Podlasie, byłem przerażony ostrością zim. Wydawało mi się to prawie niemożliwe by żyć znośnie w takim klimacie. Jednakże mając okazję sypiać w domach drewnianych ogrzewanych piecami kaflowymi, ze zdumieniem stwierdziłem, że nocą jest bardzo ciepło, więc nie było takiego stresu, jakiego się obawiałem. Wiemy, że w wiekach przeszłych ludzie idąc spać zakładali ciepłe okrycia głowy, a my założyliśmy, że spali w lodowatych pomieszczeniach. A może oni wiedzieli co robią?

   Co więc będzie, jeśli pójdziemy spać z nakryciem głowy, i co się będzie działo, gdy pójdziemy spać bez nakrycia?

    Nie okrywając głowy wzmacniamy funkcje intelektualne i nie wygaszamy przez to przeżyć dnia codziennego. Jesteśmy bardziej aktywni nerwowo, co skutkuje brakiem snu lub ciągłym wybudzaniem się. Oczywiście wyraźnie zaznaczy się to u osób zestresowanych lub przepracowanych pracą umysłową. W takiej sytuacji (czyli w godzinach nocnych), określonej przeze mnie jako „zima metaboliczna”, trzymając ciepło głowę (szlafmyca) zasypiamy łatwo, śpimy głęboko i budzimy się wreszcie wypoczęci.

   Gdy startowałem zawód lekarza pojawiła się akcja realizowana przez cały aparat medycyny mając gdzieś zabobonną tradycję przystąpił do zdzierania czapeczek z głowy niemowlętom. Nie przypominam sobie, by mamy wcześniej były tak skrajnie wyczerpane notorycznie budzącymi się dziećmi, jak często dzieje się to często obecnie. Może to skutek programu hartowania niemowląt? Do wyjaśnienia pozostaje, czy dziecko nie daje mamie spać, czy to mama przeszkadza niemowlęciu w nocnym wypoczynku nie zakładając sobie „szlafmycy”.

Opublikowano zdrowie | Otagowano , , | 3 Komentarze

Depresja sadownika czyli rozważanie nad zwiędłymi jabłkami. Wstęp do diety rozpaczliwej.

Podczas zakupów w sklepie zatrzymałem się przy półce z jabłkami. Pięknie błyszczące, starannie opakowane, nic tylko kupować. Jednak w tym obrazie pojawił się dysonans. Nasz mózg ewolucyjne nauczony jest wyszukiwania nieprawidłowości. Np. mój syn bez problemu „na zamówienie” wyszukuje czterolistne koniczyny. Zwraca po prostu uwagę na to, że „coś nie gra” w murawie. Tak mnie to fascynowało, że mnie też tego nauczył. Wracając do półki. Były tam też piękne jabłka, które zaczynały więdnąć… ekologiczne.

W Polsce przed z górą 40 laty grupą zawodową najbardziej depresyjną i obfitującą w samobójstwa (szczególnie częste u tych ze zbyt dużym poczuciem humoru) byli satyrycy. Obecnie żyjemy w wolnym kraju, satyrycy mają bardziej wysublimowane poczucie humoru i mniej szkodzące zdrowiu. Według oficjalnych statystyk, doszło do znaczącego przetasowania zagrożonych depresją grup zawodowych. Niespodziewanie na pierwsze miejsce wysunęli się sadownicy. Fakt zaskakujący, gdyż gdzieś w zakamarkach świadomości mamy przekonanie, że sadownictwo jest przyjemnym, budującym, słowem owocnym zajęciem. Warto więc przyjrzeć się bliżej tej rewelacji, starając się odkryć rzeczywiste przyczyny tego stanu rzeczy. Okazuje się, że sadownictwo wymaga dużego nakładu sił i środków, jest kosztowne. Z drugiej strony nieustannie narażone na (perfidne) plagi. Np. w tym roku przyszła nagle późna fala chłodów i zmroziła kwiaty w ogromnej ilości upraw. Mi też zmarzły młode pędy winorośli w zakładanej winnicy tak, że plony były znikome, a krzewy będą wymagały odbudowy na nowy sezon. Choć to nieprzyjemne, nie doprowadziło mnie do zamartwiania się, gdyż w odróżnieniu od sadowników, nie jest to moje źródło utrzymania. Tak więc zależność od zjawisk nieprzewidywalnych (pogoda, owady, politycy) jest już na tyle dużym wyzwaniem, że trzeba się bardzo starać by przetrwać. Największym jednak problemem jest okrucieństwo konsumentów i ono właśnie jest powodem depresji sadowników i ich prób samobójczych (często skutecznych). Tak więc przybliżę ten problem.

Wielokrotnie zdarzało mi się oglądać na Facebooku czy innych mediach zdjęcia pracowników opryskujących różnorodne uprawy bardzo toksycznymi środkami a poniżej liczne komentarze „Jak oni mogą nam to robić! Obrzydliwość! Chcą nas wszystkich wykończyć!„ itp.

Sadownicy natomiast nieustannie miotają się z opryskiwaczami, gdyż muszą robić te opryski po każdym deszczu po to, by owoce były bez najmniejszej skazy. Niektórzy z nich podkreślają z dumą, że prowadzą prawie ekologiczne uprawy, dokonując tylko 20 oprysków w sezonie.jablko

Osobiście bardzo współczuję rolnikom, a szczególnie sadownikom, że są zmuszani do tak niebezpiecznej i dewastującej zdrowie pracy – niezwykle trudno nie ponosić uszczerbku na zdrowiu przy chemicznych zabiegach ochrony roślin. (Zazwyczaj też mieszkają w pobliżu swoich upraw, a to wszystko zieje smrodem. I nie trzeba nikogo przekonywać, że znacząco psuje jakość życia.) Tak postępują by się utrzymać (ekonomia jest bezwzględna). Są zmuszani przez konsumentów wybierających nieprzyzwoicie tanie i nieprzyzwoicie mało wartościowe produkty. Jeśli konsumenci w miejsce poszukiwań produktów tanich i bez skazy (obróbka chemiczna), doceniliby jakość żywności, będąc podobnie zdeterminowani w poszukiwaniu żywności ekologicznej, wymusiliby zmiany w tejże ekonomii upraw. Przy dużej skali produkcji rolnej doprowadziłoby to do powszechnej dostępności i spadku cen tychże płodów rolnych. Żywności mimo wszystko tańszej, bo zmniejszyłyby się znacząco społeczne koszty leczenia. Wtedy rolnicy, a przede wszystkim sadownicy, mogliby cieszyć się dobrym zdrowiem, a także być przepełnieni poczuciem misji dostarczając zdrowej żywności.

Zawód, który wykonuję (lekarz), i który dodatkowo wykonywałem (rolnik ekologiczny) sprawił, że zdaję sobie boleśnie sprawę z tego, co oferuje PRZEMYSŁ spożywczy. Ta oferta zmusza naszą rodzinę do prowadzenia diety, której nadałem nazwę „diety rozpaczliwej”. Dieta praktycznie wegańska, bez pułapek związanych z produktami uznanymi za bardzo zdrowe, a nadzwyczaj szybko pleśniejącymi, oraz z unikaniem roślin skutecznie kumulujących metale ciężkie. Do porzucenia mięsa zmusiła nas jego tak niska jakość, że strach nim karmić psa, i bogactwo dodatków niemających nic wspólnego z naturą, a wynikających m. in. ze szczególnie zdumiewającej jakości paszy.

Bardzo pomogła nam w prowadzeniu diety rozpaczliwej, (która przez to przestała być rozpaczliwa) koncepcja przygotowania posiłków podana w bestsellerowej książce „Uzdrawianie tarczycy według boskiego lekarza” autorstwa Williama Anthony.

Generalnie cała historia ludzkości powiązana jest ściśle z wysiłkiem zdobywania żywności by przetrwać i wprowadzić na ten świat nowe pokolenia i to się nie zmieniło. Nie ma łatwej drogi.

To było o kreowaniu przyszłości świata za pomocą własnego portfela.

Opublikowano dieta, zdrowie | Otagowano | Dodaj komentarz

Czy istnieje związek czci niewieściej z autyzmem?

Niezwykłym skokiem w rozwoju życia na Ziemi było połączenie się pierwotnej komórki archeonu (posiadającej jądro komórkowe i metabolizm beztlenowy) z komórką bakterii (DNA koliste, metabolizm tlenowy). Komórka archeonu zyskała dostęp do co najmniej 9 razy efektywniejszych procesów energetycznych, a bakteria z kolei zyskała obfitość jadła. Po miliardach lat nadal jest to wiodący ewolucyjnie związek. Budowa komórki bakteryjnej (teraz mitochondrium) uległa uproszczeniu (ekonomia), ale nie utraciła całkowicie cech pierwotnych, np. nadal ma koliste DNA.

Od miliardów lat trwa w przyrodzie rywalizacja pomiędzy grzybami a bakteriami o pokarm (materię organiczną). Grzyby mają szczególne zdolności do wytwarzania niezliczonych związków organicznych pozwalających im na efektywne „trawienie” szczątek organicznych. Oczywiście niektóre z nich nie czekają aż organizm żywy obumrze i atakują żywe. Podobnie bakterie nie ustępują pola grzybom przeciwstawiając nieograniczony potencjał adaptacyjny i niewiarygodne zdolności rozmnażania. Grzyby próbują ograniczyć konkurencję ze strony bakterii stosując różnorodną „broń chemiczną”. Jesteśmy tego świadomi od niespełna 90 lat, od chwili gdy Aleksander Fleming, Howard Walter Florey i Ernst Boris wyodrębnili z hodowli pędzlaka Penicylinę, otwierając w medycynie erę antybiotyków. Jednak jest broń chemiczna wytwarzana przez grzyby, którą znamy od tysiącleci. Jest nią alkohol etylowy. Pomaga zdobyć przewagę grzybom (drożdżom) w walce o cukier w bogatych w niego owocach. Alkohol jest bardzo skuteczny w tępieniu bakterii, nie przypadkiem nadal jest jednym z najdoskonalszych środków dezynfekcyjnych. Oczywiście w tych zmaganiach pojawiły się też bakterie octowe metabolizujące alkohol w kwas octowy. To wspaniały przykład elastyczności i kreatywności świata ożywionego.

Alkohol odegrał ogromną rolę w kształtowaniu się społeczności ludzkich. Mieliśmy to szczęście (?), że wytworzyły się w naszych organizmach szlaki metabolizmu alkoholu, przez co nie jest on tak toksyczny jak powinno to mieć miejsce.

Jednakże toksyczne oddziaływanie na bakterie jest zauważalne też w naszym organizmie. Alkohol „męczy” nasze wewnątrzkomórkowe bakterie – mitochondria, powodując upadek sprawności procesów energetycznych. Obniża przez to sprawność metaboliczną mózgu i serca – organów o największym natężeniu procesów tlenowo-energetycznych. Obniżając energetykę mózgu znacząco spada zapotrzebowanie na energię człowieka jako całości, gdyż mózg zużywa niewspółmiernie dużo energii w odniesieniu do swej masy (alkoholicy muszą jeść mniej, czasami wystarcza ogóreczek). Obniżenie procesów energetycznych mózgu dzieje się kosztem najwyższych jego funkcji (najmłodszych ewolucyjnie), a więc szeroko rozumianego rozsądku, indywidualności. Jest to przyczyna, że gasząc w ten sposób naszą indywidualność schodzimy w dół, można powiedzieć, że w kierunku zwierzęcości, i takie zachowania łatwiej nam eksponować. Pojawiają się relacje, które na trzeźwo nie miały by nigdy miejsca, ze skutkiem czasem straszliwie wikłającymi nam życie. Tu też znajdujemy wytłumaczenie, dlaczego alkohol zwiększa predyspozycje do zachorowania na choroby nowotworowe. Spadająca energetyka komórki obniża jej możliwości naprawcze przy uszkodzeniu przez wszelkiego rodzaju kancerogeny. Zwiększa się przez to liczba wyrodniejących komórek. Jeśli nie nowotwory, to przyśpieszony proces starzenia się.

Wśród starszych pokoleń lekarzy, będących nadzwyczaj bystrymi obserwatorami, ukształtowało się przekonanie, które do niedawna trudno było wytłumaczyć. Uważali, że picie alkoholu przez mężczyzn sprawia, że rodziły się nerwowe nadpobudliwe nadruchliwe dzieci. Natomiast, jeśli alkoholu nadużywały kobiety rodziły się dzieci ze skłonnością do uszkodzeń mózgu, a nawet wodogłowia. W przyjęciu tego przekonania, stały na przeszkodzie obserwacje, że dzieci osób nadużywających alkoholu zazwyczaj rodziły się bez znaczących uszczerbków w zdrowiu. Dopiero epigenetyka rzuciła światło na to zagadnienie. Szkody ujawniały się w następnych pokoleniach. Nie przypadkiem od czasów starożytnych twierdzono, że przekleństwa sięgają 4 pokolenia. Coś takiego byli w stanie zaobserwować, gdyż w mentalności ludzi żyjących w czasach zamierzchłych żywa była pamięć rodowa sięgająca wielu pokoleń.

Osobiście mam obawy z powyższych powodów, że „epidemia autyzmu” ma swoje źródło w przemianie obyczajów. Dopiero w drugiej połowie XX wieku doszło do równouprawnienia kobiet i mężczyzn w zakresie upijania się. Wcześniej było nie do pojęcia by kobiety sięgały powszechnie po alkohol między innymi w obawie o utratę czci niewieściej.

Z myślą o przyszłych pokoleniach bójmy się długich weekendów.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dlaczego autyzm jest nieuleczalny.

Od wielu lat zmagam się z problemem natury technicznej. Próbuję wykręcić wkręt z deski za pomocą klucza oczkowego 10-tki. Podejmuję działania, które niewątpliwie kosztują dużo sił i czasu. Dotychczas nie udało mi się tego zrobić, tak więc w mojej głowie zaczyna się tlić przekonanie, że wkręt raz wkręcony w deskę jest „niewykręcalny”. Po kilku latach starań i doświadczeń automatycznie stałem się ekspertem w dziedzinie wykręcania wkrętu za pomocą klucza oczkowego 10-tki. Wszystkim w koło oznajmiam, że wkręt w desce z natury rzeczy jest nie do usunięcia, a wszelkie starania najwyżej złagodzą nasze cierpienia spowodowane męczącym widokiem ułomnej deski, bo z wkrętem.

Dotarliśmy do ciekawego momentu rozwoju umiejętności ludzkich, a w następstwie kumulacji chorób nieuleczalnych.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Naturalne podstawy kłamstwa. Potęga myślenia.

     Kłamstwo jest powszechne w przyrodzie. Często niezbędne do przetrwania w skrajnie trudnych warunkach rywalizacji. Tak naprawdę barwy ochronne przybierane przez zwierzęta są formą kłamstwa. Okłamują groźnych agresorów, że to np. tylko suche liście. Koguty przed walką o dominację w stadzie oszukują siebie wzajemnie strosząc pióra by wydawać się większymi. Czynią to dlatego by przerazić przeciwnika i osłabić jego wolę walki, albo zupełnie jej pozbawić przepłaszając. Jest to w pewnym sensie korzystne dla obu stron chroniąc od „przelewu krwi”. Któregoś dnia, będąc nietypowo ubranym, szedłem pod wiatr w kierunku psa tak, że nie był w stanie mnie zwęszyć. Mój pies rzucił się do ataku, po czym, gdy był blisko i poznał swój błąd, pobiegł dalej udając, że szczeka z powodu bliżej nieokreślonego zagrożenia. Oszukał mnie w ten sposób po to, bym nie ukarał go ucząc szacunku.

     Zastanówmy się teraz nad paradoksem relacji człowiek – świat ożywiony. Człowiek nieposiadający szczególnych walorów fizycznych zapewniających mu pierwszeństwo w świecie ożywionym jednak je zdobył.  Pomimo tego, że nie pływa jak rekin, nie lata jak orzeł, nie biega szybko jak gepard, nie jest zwinny jak pantera, nie jest też wielki jak słoń.  Jest faktem, że człowiek zdominował cały świat ożywiony Ziemi. Stało się to dzięki myśleniu. Człowiek używa rozumu w celu perfekcyjnego oszukiwania zwierząt. Np. ważący blisko tonę koń, który mógłby hodowcę zmieść u ułamku sekundy, potulnie go słucha. Ma to miejsce w odniesieniu do wszystkich zwierząt domowych. Dzikie po prostu panicznie się nas boją.

    Kłamstwo ma na celu powodowanie u istot, do których je kierujemy, zachowań pożądanych czy też zgodnych z interesem kłamcy. Stało się więc istotnym instrumentem zdobywania władzy w całym świecie ożywionym. Naturalnie także w społecznościach ludzkich. Z tą różnicą, że ze względu na wyróżniający nas ludzi poziom inteligencji zostało rozwinięte do perfekcji. Współcześnie kłamstwo stało się tak powszechne jak oddychanie. Istnieją przesłanki, że nie było tak zawsze. Gdy byłem studentem medycyny dotarłem do opisu bardzo ciekawego zdarzenia z przeszłości. Historia ta wywarła na mnie tak duże wrażenie, że do dziś przeżywam ją i ciągle rzuca światło na mój ogląd rzeczywistości. Otóż jeden z cesarzy Cesarstwa Bizantyjskiego, widząc szerzącą się sektę chrześcijan, nakazał zorganizować widowisko w Koloseum, mające być między innymi naigrywaniem się z misterium chrztu. Gdy widzowie i dostojnicy wypełnili widownię przystąpiono do spektaklu. Wybrano dowódcę straży cesarskiej, po czym zanurzono go w basenie z wodą (tak chrzczono wówczas). Jak wielkie było zdumienie, gdy ów żołnierz wyskoczył z wody i radośnie dał świadectwo istnienia Chrystusa stając się prawdziwym chrześcijaninem. Sprawiło to ogromne wzburzenie pośród widzów, lecz nikomu nie przyszło do głowy zarzucenie mu kłamstwa. Wówczas było nie do pomyślenia, że mógłby świadczyć nieprawdę. Podobnie słowo pisane było nośnikiem prawdy, i takie podejście do słowa pisanego tkwiło głęboko w świadomości jeszcze naszych ojców i dziadów.

     Taka reakcja publiczności jest współcześnie wręcz niewyobrażalna. Jesteśmy zalewani niekończącym się strumieniem nieprawdy. To zmasowany wyścig, by ubiec innych w kłamliwych doniesieniach, by upiec swoją pieczeń. Kryje się za tym wszystkim wiedza o szczególnej cesze człowieka, którą warto przybliżyć.

    Człowiek wyszedł zwycięsko z rywalizacji ze śmiertelnymi zagrożeniami ze strony świata poprzez swoistą cechę, polegającą w pewnym sensie na wdrukowaniu poglądów. Przykładowo jeśli matka, ojciec lub ktoś ze społeczności plemiennej ostrzegał przed wchodzeniem do wody, w której czyhały krokodyle, i to ostrzeżenie zostało zignorowane, to taki członek społeczności zostawał momentalnie wyeliminowany z doboru naturalnego. Przetrwali ci, którzy natychmiast i w pełni zaakceptowali ostrzeżenie, po czym przekazywali zarówno geny jak i wiedzę, chroniąc dalej tym sposobem swych pobratymców i potomstwo. Z tego powodu cecha ta siedzi silnie i głęboko w nas samych. Pierwszy zasłyszany pogląd wdziera się na trwałe do naszej świadomości, stając się tym samym naszym własnym poglądem! Później podejmujemy decyzje życiowe w przekonaniu, że są kreowane w oparciu o nasze „własne” poglądy. Taki stan wdrukowania niezwykle trudno odmienić czy też wykarczować. Dzięki rozumowi możemy dojść prawdy, lecz wiąże się to z wysiłkiem i niewygodą przebrnięcia przez morze wątpliwości. Radzimy sobie z nimi oblepiając w pewnym sensie nowymi przekonaniami, o ile do nich doszliśmy, i jakoś dalej funkcjonujemy. Przypomina to chodzenie o kulach. Takie protezowanie mentalne. W chwili przerażenia, dużego stresu, porzucamy kule i biegniemy o własnych siłach nie zważając na ból. Tak samo jest z poglądami. Jest wysoce prawdopodobne, że poglądy, które zostały pierwotnie wdrukowane, w chwili presji mentalnej zwyciężą nad tymi, zbudowanymi rozumem, łatwo prowadząc do złych (dla nas) decyzji.

   Przyszło nowe. Mamy wyzwania, z którymi my, ludzie nie mieliśmy wcześniej do czynienia.

    Internet stał się środkiem niesłychanie łatwego dostępu do informacji. Dlatego też stał się miejscem zmasowanego ataku kłamstwa. Nigdy świat nie oferował efektywniejszego sposobu szerzenia nieprawdy. Spotykamy się z nowością, po czym natychmiast surfujemy w internecie, by uformować na jej temat „własny pogląd”.

   Spójrzmy teraz na możliwości poznawcze człowieka.

   Najlepszy ogląd świata przyrody mamy podczas spaceru. Znajdziemy zawsze sposobność by na chwilę przystanąć, by się bliżej przyjrzeć i przeanalizować interesujący nas aspekt świata. Trudniej jest to zrobić gdy biegniemy. Jest dużo trudniej gdy jedziemy samochodem czy super szybkim pociągiem, dochodząc do śladowego oglądu podczas lotu samolotem. Tak jest też z przetwarzaniem informacji (budowaniem własnego poglądu). Czytając mamy największe szanse na oddzielenie ziarna od plew. Gdy słuchamy wiadomości ledwo nadążamy z uwagą. Gdy oglądamy treści bezustannie płynące z monitora nie mamy już czasu na refleksję i zastanowienie. Taka forma przekazu jest obecnie dominująca, ponieważ nie mając szans na refleksję jesteśmy bezbronni wobec wdrukowywania w nas obcych poglądów. Powszechne stało się bezrefleksyjne przeglądanie internetu, a to co wpływa do naszej podświadomości, żyje własnym życiem.

   Wiedz też, że przed nami niewiarygodnie duże wyzwanie – rozpoznanie kłamstwa i zwodzenia nas przez sztuczną inteligencję. Wkrótce ma pokonać ludzką. Na temat każdego z nas zbierane są niewiarygodne ilości informacji, co wkrótce (a może już) posłuży do stworzenia modelu cyfrowego każdego z nas. Tak więc kłamstwa nie będą już tylko ogólnospołeczne, będą także kierowane indywidualnie. Co zrobić, by nie podzielić losu wspomnianego wcześniej konia lub krowy? Już zostaliśmy okłamani, że mamy wystarczającą wiedzę ekonomiczną. Dlatego większość ludzi nie podejmuje nawet próby nauki podstawowej wiedzy z tego zakresu. Wiedzy koniecznej by prowadzić godne życie.

    Ignorując potrzebę zdobywania wiedzy ekonomicznej ryzykujemy, że będziemy dojeni lub będziemy orać przez całe życie.
Ulegamy złudzeniu (oszukujemy samych siebie), że zdobycie formalnego wykształcenia zapewnia sukces w życiu.  Tak będzie, lecz nie dla Ciebie tylko dla tych którzy zasiali w Tobie takie przekonanie.  Ukończenie formalnej edukacji jest dopiero wstępem do podjęcia prawdziwej własnej drogi. Drogi samoedukacji i wytyczania prawdziwie własnych celów w życiu.
Jest to kluczowe dla nas by zdać  sobie sprawę ze swojej biologii i niezmordowanie używać daru myślenia. 

 

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | Dodaj komentarz

Im więcej jesz, tym bardziej chudniesz.

      Ostatnio wróciłem do swoich obserwacji dietetycznych sprzed 30 lat by spojrzeć na nie świeższym okiem. Wówczas męczyło mnie bardzo to, co męczy i obecnie – ogromne zamieszanie w poglądach na wartość odżywczą różnych produktów. Tak naprawdę wiedza i poglądy na ten temat zmieniają się równie szybko co poglądy medyczne, i co 7-10 lat mamy do czynienia często z zupełnie nowymi koncepcjami na to co dobre a co niedobre. By nabrać w tym wszystkim jakiejś orientacji i wyrobić poglądy bardziej odporne na upływ czasu, postanowiłem poprowadzić szereg bardzo nietypowych diet. Temat był ciekawy, dlatego bez problemu znalazłem ochotników do przeprowadzenia badań, głównie młodych asystentów i studentów mojej uczelni medycznej. Koncepcja była bardzo prosta. Polegała na spożywaniu tylko jednego produktu i wody przez czas co najmniej 7 dni. Był to czas wystarczający, by wygasło działanie tego co dotychczas jedliśmy, a w to miejsce pojawiło się swoiste i niezaburzone działanie badanego produktu. Warunkiem koniecznym i kluczowym było spożywanie takiej ilości jedzenia, by nie pojawiło się uczucie głodu. Oczywiście nie jest to łatwy warunek do spełnienia, gdyż po trzech dniach jedzenia tylko jednego produktu spada zapał do jedzenia… Skoncentrowałem się przede wszystkim na zbadaniu własności zbóż i kilku innych, powszechnie spożywanych roślin. Zebrane obserwacje z tych badań opublikowałem w niemieckiej prasie medycznej. W Polsce zaś zawarłem w mojej książce Fenomen odżywiania wydanej równo 20 lat temu.

Efekty diet były fascynujące. Na przykład spożywanie wyłącznie owsa skutkowało przywróceniem równowagi wewnętrznej i wytrwałości w pracy, którą można było wykonywać niezależnie od nawet bardzo niesprzyjających okoliczności. Żyto silnie wspierało płuca. Poprawiało nie tylko funkcje oddechowe, ale też pozwalało przełamywać skłonności astmatyczne. Proso poprawiało wzrok i zasypywało rozlicznymi ideami napływającymi nie wiadomo skąd do głowy. Każda dieta dawała odmienne efekty. Przy stosowaniu wszystkich tych diet utrata masy ciała była nieznaczna. W ciągu tygodnia ubywało najwyżej pól kilograma. Tylko jedna dieta była wyjątkiem, zawsze prowadząc (niezależnie od ilości spożytego jedzenia, ale bez głodowania) do utraty nie mniej niż pól kilograma dziennie. Jedyna, która ujawniła niezwykłe działanie spalające tłuszcz i działające w tym względzie skuteczniej niż pełna głodówka. Jednocześnie temperament osoby na diecie przesuwał się w kierunku cholerycznego, czasem trudnego do zniesienia dla otoczenia, jednakże ułatwiającego wykonywanie zadań. Niektórzy studenci (głównie studentki) decydowali się na tę dietę podczas sesji, co zapewniało im przechodzenie jak burza przez egzaminy.

Obecnie wróciłem do tematu, by ponownie, świeżym okiem, przyjrzeć się tym koncepcjom. Powodem jest zmiana warunków życia w naszym społeczeństwie.

Poniżej zamieszczam własny opis przeprowadzenia diety (sprawdzania tej diety) przez Paulinę, która w ciągu 7 dni straciła około 8 kilogramów. Warto tu zaznaczyć, że przed laty większość osób decydowało się na 14 dniowy cykl, gdyż taki czas prowadzenia owych restrykcji pokarmowych jest całkowicie bezpieczny. Wymaga jedynie ostrożniejszego wychodzenia z diety i przyjmowania suplementów uzupełniających nieuchronnie pojawiające się niedobory niektórych witamin.

Oto relacja:

Dieta, którą stosowałam jest z gatunku prostych, ale nie łatwych. Polegała na jedzeniu wyłącznie pszenicy i piciu wody.  Wybór padł na orkisz ekologiczny, który zakupiłam w postaci całych ziaren, pełnoziarnistej kaszy i płatków.

płatki

Przygotowanie posiłków nie wydaje się zbyt trudne, jednak należy poświęcić temu zadaniu odrobinę uwagi. Mianowicie podczas prażenia ziaren pszenicy (na suchej patelni) temperatura powinna być wystarczająco wysoka aby ziarna pękały, ale nie wolno dopuścić do ich przypalenia poprzez nieustanne mieszanie. W przypadku gotowania płatków czy kaszy lepiej zapomnieć o przepisie na opakowaniu – najbardziej strawną i przyswajalną postać uzyskujemy gotując (nawet dwukrotnie) z większą ilością wody tak, aby całość miała konsystencję kleiku. Posiłki polecam spożywać nieśpiesznie, dokładnie przeżuwając każdą porcję.

Już od pierwszego dnia daje się odczuć silne działanie oczyszczające tej diety. W związku z tym pierwsze 2-3 dni były dość trudne do przetrwania z powodu gorszego samopoczucia i bólu głowy. Jednak potem na pierwszy plan wysuwają się zalety takie jak uczucie lekkości związane z pozbyciem się wody zalegającej w organizmie, jasność myślenia, przypływ sił, lepsza jakość snu oraz oczywiście spadek masy ciała. Wrażenia można porównać do kąpieli w borowinie, tylko jest to rozciągnięte w czasie. 

W kontekście zaburzeń odżywiania dieta ta może być wstępem do unormowania rozchwianego sposobu przyjmowania posiłków. W tym wypadku monotonia jest zaletą. Założeniem diety jest jedzenie do syta i wtedy kiedy mamy ochotę jeść, więc sytuacja podjadania czy przejadania się ponad miarę po prostu nie ma szansy wystąpić. Dodatkowo żołądek może dostosować swoje rozmiary do potrzebnej nam ilości pożywienia, przez co unikniemy irytującego poczucia pustki w brzuchu w przypadku podjęcia decyzji o prowadzeniu diety redukującej po zakończeniu diety pszenicznej. W pewnym sensie dieta pszeniczna stwarza okazję, aby nauczyć się jakie ilości pożywienia są optymalne.

Zastosowanie tej diety uważam za bardzo ciekawe doświadczenie. Nigdy wcześniej tak mocno nie odczułam, że „jestem tym, co jem”. Zdecydowanie korzyści przewyższają drobne niedogodności związane z monotonnym odżywianiem. Dieta pszeniczna jest wspaniałym sposobem na poprawę funkcjonowania organizmu, a przy okazji można stracić kilka zbędnych kilogramów. Jestem przekonana, że będę do niej wracać. 

 

Zastanawia mnie to, czy przy tak powszechnym stosowaniu różnego rodzaju preparatów hormonalnych jak mamy obecnie, tego typu diety w pełni będą ujawniać swoje właściwości.

Każda roślina ma swoje specyficzne działanie na człowieka. I można takie działanie wykorzystywać do poprawy lub psucia własnego zdrowia.

Czasami musimy sprawy uprościć, by znaleźć klucz do poznania złożonego świata. Ale chyba skomplikowałem, zapomniałem o liczeniu kalorii.

 

Opublikowano dieta, zdrowie | Otagowano , , | 3 Komentarze